Moje zapiski o rzeczach niekoniecznie ważnych






::księga gości::
2009
grudzień
październik
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2002
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2001
grudzień
listopad

Kontakt
GG 3897679

***


Ku pamięci - lista książek przeczytanych w tym roku. Tak sobie, żeby wiedzieć.

 

Bądźcie szczęśliwi nie tylko w nowym roku.

 

1. J.M.G. Le Clezio "Urania"

 

2. Michael Cunningham "Dom na krańcu świata"

 

3. Eduardo Mendoza "Mauricio czyli wybory"

 

4. Elizabeth Gilbert "Jedz, módl się, kochaj"

 

5. John Fowles "Hebanowa wieża"

 

6. Henry Miller "Zwrotnik raka"

 

7. Haruki Murakami "Koniec świata i hard-boiled Wonderland"

 

8. Ena Lucia Portela "Sto butelek na ścianie"

 

9. Juan Rulfo "Pedro Paramo"

 

10. John Haskell "Amerykański czyściec"

 

11. Joanna Chmielewska "Autobiografia" tom 6

 

12. John Updike "Terrorysta"

 

13. Jorge Franco "Paraiso travel"

 

14. James Hopkin "Zatopiona zima"

 

15. Chuck Palahniuk "Opętani"

 

16. Martyna Wojciechowska "Przesunąć horyzont"

 

17. Santiago Gamoa "Oszuści"

 

18. Joanna Chmielewska "Autobiografia" tom 7

 

19. Michael Cunningham "Wyjątkowe czasy"

 

20. Carmen Posadas "Pięć błękitnych much"

 

21. Preethi Nair "Kolory miłości"

 

22. Jonathan Littell "Łaskawe"

 

23. Anne Sward "Lato polarne"

 

24. Peter Mayle "Hotel Pastis"

 

25. Simon Beckett "Szepty zmarłych"

 

26. Bernhard Schlink "Lektor"

 

27. Majgull Axelsson "Dom Augusty"

 

28. Amelie Nothomb "Tak wyszło"

 

29. Jorge Franco "Rosario Tijeras"

 

30. Yann Martel "Ja"

 

31. Haruki Murakami "Przygoda z owcą"

 

32. John Berendt "Północ w ogrodzie dobra i zła"

 

33. Stieg Larsson "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet"

 

34. Amelie Nothomb "Z pokorą i uniżeniem"

 

35. William Saroyan "Tracy i jego tygrys"

 

36. Sam Savage "Firmin"

 

37. Stieg Larsson "Dziewczyna, która igrała z ogniem"

 

38. J.D.Salinger "Franny i Zooey"

 

39. Eric Emmanuel Schmitt "Przypadek Adolfa H."

 

40. Isabel Allende "Portret w sepii"

 

41. Amelie Nothomb "Kosmetyka wroga"

 

42. Doris Lessing "Trawa śpiewa"

 

43. Elia Kazan "Dubler"

 

44. Hanna Bakuła "Królowa samby"

 

45. Zoe Valdes "Oddałam ci całe życie"

 

46. Rina Frank "Każdy dom potrzebuje balkonu"

 

47. Ali Smith "Hotel Świat"

 

48. Karen Alvtegen "Cień"

 

49. Jodi Picoult "Deszczowa noc"

 

50. Elia Kazan "Akty miłości"

 

51. Karin Fossum "Za podszeptem diabła"

 

52. Hugh Laurie "Sprzedawca broni"

 

53. E.M. Forster "Droga do Indii"

 

54. Doris Dorrie "Błękitna sukienka"

 

55. Yrsa Sigurdardottir "Trzeci znak"

 

56. Patricia Highsmith "Utalentowany pan Ripley"

 

57. Yukio Mishima "Zimny płomień"

 

58. Kate Morton "Dom w Riverton"

 

59. Magda Dygat "Rozstania"

 

60. Yann Martel "Życie Pi"

 

61. Natsuo Kirino "Ostateczne wyjście"

 

62. Michel Faber "Pod skórą"

 

63. Amelie Nothomb "Dziennik Jaskółki"

 

64. Hjalmar Soderberg "Niebłahe igraszki"

 

65. Jodi Picoult "Bez mojej zgody"

 

66. Andre Dubus III "Dom z piasku i mgły"

 

67. Gaetan Soucy "Dziewczynka, która za bardzo lubiła zapałki"

 

68. Johanna Nilsson "Kochający na marginesie"

 

69. Majgull Axelsson "Kwietniowa czarownica"

 

 

 

 

 


rosemary 2009-12-31 14:27:52
skomentuj (14)
***



Z ojcem jakoś, chyba dobrze, o ile można to tak nazwać. Odebraliśmy go w niedzielę skoro świt z pracy i pojechaliśmy do nas na śniadanie. M. taktownie zmył się z domu na pół godziny, a ja tymczasem siedziałam obok faceta, z którym niewiele mnie łączy i szukaliśmy tematów do rozmowy. Bardzo to jest trudne, naprawdę. Może z czasem coś z tego wyniknie, a może nie, zobaczymy. Dwa dni stania przy garach skończyły się tym, że ojciec nie wziął prawie nic, co chciałam mu dać, choć byłam maksymalnie taktowna i delikatna. Może następnym razem. Korzyść z tego jest taka, że nauczyłam się robić dobre ciasto do pierogów, nigdy wcześniej nie wyszło mi tak udane.

 

Tymczasem święta za pasem. Mamy w domu choinkę, której nie planowaliśmy. Po prostu w markecie była promocja i dostaliśmy ją do zakupionej kawy, więc jest. Wigilię spędzimy u rodziców M., resztę świąt pewnie też. Ja oczywiście chciałabym wrócić jak najszybciej i mieć spokój. Jak się uda to w drugi dzień świąt pojedziemy na narty, oby. Sylwestra tradycyjnie olewam, na szczęście podejście M. do tematu jest podobne więc problem "co robimy w Sylwestra" nie istnieje. 

 

Szykuję zapas książek i ściągam seriale żeby mieć co robić przez tych kilka świątecznych dni, jakoś przeżyję.

    

 

 


rosemary 2009-12-21 16:09:48
skomentuj (2)
***



Strasznie mi to wszystko siedzi w głowie. Może jak spróbuję o tym napisać to mi się coś poukłada, ale nie wiem czy umiem. Bo to jest bardzo dziwne, naprawdę. Dziwne jest to, że wiadomość o śmierci matki (która, nawiasem mówiąc, okazała się pomyłką) nie obeszła mnie wcale i nie miałam myśli typu tyle straconych lat, może coś z tego mogło być etc. I teraz, kiedy wiem, że ona jednak żyje nie mam potrzeby szukania jej, ta kobieta mnie po prostu nie interesuje. A o ojcu jakoś nie umiem przestać myśleć. Jest między nami ogromna przepaść, te wszystkie lata, których mu przecież nie opowiem, nie sposób tego odbudować. Co do tego nie mam złudzeń, żadnej miłości z tego nie będzie, ale może chociaż jakaś szczątkowa więź? Kiedy zapytał czy mam dzieci, a on wnuki, dotarło do mnie, chyba wtedy tak naprawdę zrozumiałam jak ogromny dystans nas dzieli, jak zupełnie nic o sobie nie wiemy. Jak z dorosłej kobiety i starszego mężczyzny, którzy dotąd obywali się bez siebie, zrobić rodzinę? Chyba się nie da. 

Jakoś nie umiem zrozumieć jak to się stało, że ten sam człowiek, który uczył mnie muzyki Led Zeppelin i Pink Floyd, i który zawsze kojarzył mi się z siłą i stanowczością to teraz słaby, zmęczony facet z wąsem, pracujący nocami żeby jakoś związać koniec z końcem, żyjący w niedogrzanym mieszkaniu, do którego wstydził się mnie zaprosić. To jakiś okrutny żart losu, że kobieta, przez którą zerwaliśmy naszą relację, już z nim nie jest. Że potem miał wypadek, po którym nie mógł stanąć na nogi, że teraz nie jest w pełni sprawny i wykonuje jakąś okropną pracę żeby żyć.

Jakie to było dziwne zaczepić go na ulicy nie mając pewności, że on to on. Nie poznałam własnego ojca. 

A teraz czuję jakiś rodzaj odpowiedzialności za niego. Nie wiem jak to wszystko poukładać, zorganizować. Czuję się źle wiedząc, że kiedy ja siedzę w swoim przytulnym mieszkaniu on nie włącza ogrzewania żeby było taniej. Nie mam pojęcia co z tego wyniknie. M. mówi daj sobie czas, nie rób sobie nadziei, bo potem znów będziesz cierpieć. On jest teraz sam, ale ty też byłaś sama, zostawił cię wtedy gdy go potrzebowałaś. Wiem, że M. ma rację. Ale siedzi to we mnie mocno.

Wizja świąt, które mnie stresowały, ale które już zaakceptowałam teraz zupełnie mnie nie cieszy. Bo jak mam siedzieć przy stole z rodziną M. wiedząc, że w tym czasie on, mój ojciec, będzie sam w pracy. I wiem, że to głupie, bo przecież rok temu też był sam, a ja nawet o nim nie pomyślałam. Ale teraz wiem i to jest chyba ta różnica. 

Wszystko to jest mocno poplątane, a ja tęsknię za przespanymi nocami i fluoksetyną.

 

 


rosemary 2009-12-14 13:11:49
skomentuj (8)
***



Nosiłam ten numer w telefonie od dłuższego czasu. Na naszej klasie znalazła mnie kuzynka i tak się zaczęło. Od słowa do słowa. Potem już była we mnie ta potrzeba żeby jednak się spotkać, zobaczyć, spróbować porozmawiać. W końcu to mój ojciec. O którym nikt nic nie wie, bo odciął się od świata. Dziwne to wszystko, bo tyle lat bez kontaktu, mam własne życie przecież. Jestem kimś zupełnie nowym. Kiedyś, kiedy jeszcze mieszkałam w rynku, spotkaliśmy się. Zabiegałam o to spotkanie I było ono wzruszające jak można przypuszczać, lecz nic z niego nie wynikało. Znów było tak, że jeśli chcę to mogę dążyć i próbować, ale on nie zrobił w tym kierunku nic. Miał mój adres i numer telefonu, a jednak nigdy więcej się nie odezwał. Odpuściłam. Byłam przyzwyczajona do życia w pojedynkę. To spotkanie u mnie w rynku to był efekt mojej determinacji, naiwnej nadziei, że może ja też mogę mieć rodzinę. Potem machnęłam ręką, Było jak było, ale radziłam sobie całkiem nieźle bez wsparcia. I tak do teraz. Tylko czasem tęsknię za jakimiś korzeniami. Kiedy stoję nad nagrobkiem, który niedawno znalazłam – i to boli okropnie, bo ten nagrobek to jedyna osoba, która naprawdę chciała dla mnie dobrze, a jednak nie wiem dlaczego i jak umarła – to myślę, że może trzeba spróbować jeszcze raz. Trochę nie umiem pozbierać myśli. Zaskakuje mnie, przyznaję, że tyle we mnie emocji teraz, kiedy w końcu wybrałam ten numer. Zaskakuje mnie, że głos w słuchawce brzmiał zupełnie inaczej niż ojciec, którego pamiętam. I nie wiem kogo jutro zastanę. W samo południe, bo tak się umówiliśmy. Czy odbudujemy jeden z mostów między nami czy zapomnimy o sobie na zawsze. Nie wiem. Ale boję się okropnie.



rosemary 2009-12-11 15:19:30
skomentuj (3)
***



Jesień, panie, bez dwóch zdań. Liście na chodnikach, bloguś pokryty kurzem. Grzaniec w kubku i włączone ogrzewanie. I jakaś taka melancholia człowieka ogarnia, nie wiedzieć właściwie dlaczego. Może ma to związek ze świadomością, że są na świecie miejsca, gdzie temperatura znacznie przekracza dwadzieścia stopni, a ciśnienie nie powoduje permanentnego bólu głowy? 

 

Ogólnie jest dobrze. Zdałam wreszcie cholerny egzamin na prawo jazdy. Przy trzecim podejściu. Dwa pierwsze razy były tragiczne z powodu mega stresu, który pojawił się nie wiadomo po co i dlaczego, no i w efekcie nawet nie wyjechałam w miasto. Za trzecim razem postanowiłam się nie denerwować i poszło całkiem gładko. Czekam teraz na wydanie zalaminowanego kartonika i będę się uczyć, bo umówmy się, że po wyjeżdżeniu 34 godzin nie ma szans być znośnym kierowcą. Dobrze, że nasz samochód już jest porysowany tu i ówdzie:)

 

Marzy mi się już wyjazd na narty, snujemy z M. zimowe plany, a co z tego wyniknie - zobaczymy. Tymczasem z nudów robię różne dziwne listy - mam na przykład katalog książek, listę zaliczonych w tym roku lektur, plik z przepisami kulinarnymi i tabelkę z wydatkami:) Póki co wyszło, że w tym roku przeczytałam 48 książek, choć w rzeczywistości pewnie więcej, bo nie wszystkie sobie przypomniałam. Trochę się zmartwiłam, bo żyłam w przekonaniu, że czytam sporo, ale potem doszliśmy z M. do słusznego wniosku, że 48 to i tak więcej niż statystyczny Polak przeczyta przez całe życie. Co właściwie jest jeszcze bardziej dołujące.

Ostatnio, zachęcona wzmiankami na kilku blogach, postanowiłam zapoznać się z twórczością Jodi Picoult. I zdecydowanie mi ta pani nie leży. Jestem w okolicach dwusetnej strony i powoli opuszcza mnie nadzieja, że dzieło nie okaże się sztampowym romansidłem. Jakaś masakra po prostu. Gdzie te wnikliwe portrety postaci i ciekawe ujęcie problemu to naprawdę nie widzę, nie słyszę. Ale nic to, może się jakoś rozkręci i wyprostuje, a na razie szkoda słów. A mówiła mi intuicja żeby nie oczekiwać więcej niż od Harlequina, to nie - postanowiłam nie oceniać książki po okładce i teraz mam:)

 

 

 

 

 

  


rosemary 2009-10-07 15:47:24
skomentuj (3)
***



Najpierw strzelaj, potem pytaj - jak się okazuje zasada ta nadal świetnie do mnie pasuje. 

Postanowiliśmy zacząć oszczędzać, gdyż wydarzyły się różne takie, o których nie chce mi się pisać. W związku z czym doszliśmy do wniosku, że trzeba zmienić mieszkanie. To nasze jest bardzo fajne, M. ma blisko do pracy, ja przywiązałam się do posiadania dwóch balkonów, właściciel jest zupełnie nieinwazyjny i nadzwyczaj ludzki - słowem idealnie. Minusem jest ogrzewanie gazowe, które generuje spore rachunki, zwłaszcza w okresie zimowym, jak się nietrudno domyślić. Od słowa do słowa usiedliśmy, przejrzeliśmy oferty, znaleźliśmy chałupkę numer dwa i po podliczeniu wszystkiego wyszło nam, że chałupka numer dwa będzie tańsza od tej aktualnej o trzy stówy miesięcznie. W skali roku jest to już jakiś konkretny pieniądz, za który można na przykład pojechać na wakacje, więc zbyt długo się nie zastanawialiśmy. Tytułem wtrącenia zaznaczę może, że nowe mieszkanie jest również w wysokim standardzie i ogólnie super hiper, pomijając fakt, że mniejsze od obecnego. Anyway. W piątek zadzwoniłam do właściciela chałupki aktualnej żeby mu sprawę naświetlić, ale rozmawiać za bardzo nie chciał i obiecał odezwać się w poniedziałek, czyli dzisiaj. Jednakowoż chałupkce numer dwa nie chcieliśmy dać uciec, toteż podpisaliśmy umowę, wybuliwszy przy okazji kaucję oraz prowizję dla agentki od nieruchomości. Wyszliśmy przy tym z założenia, że co jak co, ale obecny nasz pan i władca nie opuści nam czynszu o trzy stówy, tym bardziej, że niedawno podniósł go o pięć dych, więc ryzyko chybionej transakcji jest znikome. Tymczasem dziś sympatyczny pan, od którego wynajmujemy aktualnie zadzwonił z informacją, że przemyślał sprawę i jest gotowy obniżyć nam czynsz o 150 peelenów. 

Jak bardzo jestem na siebie w tej chwili zła nawet nie będę pisać... Bo generalnie to ja naciskałam na te oszczędności i w efekcie mamy teraz nowe mieszkanie już nie za trzysta, a za 150 mniej niż płacimy obecnie. Nowe mieszkanie jest dalej od pracy M, nie ma dwóch balkonów, jesteśmy w plecy o kwotę prowizji i mamy w bliskiej perspektywie koszmar przeprowadzki. Tak naprawdę to wcale mi się nie chciało zmieniać mieszkania, a cała akcja wynikała wyłącznie z chęci zaoszczędzenia jakiejś kasy. No, to teraz wychodzi, że zaoszczędzimy 1800 w skali roku, co już nie wydaje mi się kwotą wartą całego zamieszania przeprowadzkowego. Przy czym nie bardzo jest szansa z przeprowadzki zrezygnować, bo wtedy stracimy prowizję i czynsz za wrzesień.

Czyli ogólnie - fantastycznie nas urządziłam.

 

 


rosemary 2009-08-24 13:41:03
skomentuj (5)
***



Przy okazji lektury którejś z ostatnich notek Mig trochę się zadumałam nad okołoreligijnymi rytuałami. A konkretnie przy opisie błogosławieństwa, którego ktoś nie chciał dać, a jest niewierzący, więc powinno mu być wszystko jedno. Taki pusty gest żeby innym było miło. Zdarzyło mi się już o tym myśleć, głównie w kontekście własnego ślubu, który w końcu mi się przydarzy. Bo tak - rodzina M. jest wierząca i chodząca regularnie do kościoła. Ja, jak wiadomo, wręcz przeciwnie. Na którymś z portali dla ateistów ktoś, kto opisywał swoje przedślubne dylematy, bo narzeczona wierząca, a przyszły pan młody nie, dostał sporo rad pod tytułem - iść, odpękać, poudawać, mieć spokój. A dla mnie to trochę bardziej skomplikowane. Przez dłuższy czas nie bardzo umiałam uchwycić w czym rzecz. Chodzi chyba o to, że dla mnie mój brak wiary i niechęć do wszystkich tych rytuałów są tak samo ważne jak dla kogoś wierzącego uczestniczenie w nich. No i wydaje mi się, że byłoby objawem skrajnego braku szacunku dla czyjejś wiary gdybym sobie poodprawiała trochę pustych gestów. Nie wiem, według mnie byłoby to obraźliwe dla każdej ze stron. W związku z czym za jakiś czas czeka nas wszystkich trochę stresu, taka konkluzja.

 

Poza tym co. W piątek podchodzę do egzaminu na prawo jazdy, więc.

Oprócz tego głównie czytam oraz chadzam z paczkami na pocztę. Pomysłu na wakacje nadal brak. Pomyślę o tym jutro.

 

 


rosemary 2009-08-03 17:19:38
skomentuj (8)
***



Po pierwsze protestuję przeciwko oszpecaniu bloga i robieniu z blog.pl klona bloxa czy innego onetu. Bardzo mi się nie podobają durne reklamy oraz równie idiotyczna belka na górze na stronie mojego blogusia. Oraz innych, które czytuję. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że mój protest nikogo nie obejdzie, ale może chociaż wprowadzić niewielkie opłaty, które umożliwią właścicielowi bloga decydowanie czy sobie takich wątpliwych ozdób życzy, czy też nie?

 

Po drugie wakacje. Znaczy są i wypadałoby gdzieś pojechać celem oderwania się od tak zwanej rzeczywistości. Koncepcja pierwsza była taka, że robimy objazd po włoskich albo hiszpańskich kempingach. Gdyż nieoczekiwanie dla siebie samej zapragnęłam bliższego niż zwykle kontaktu z naturą. Pomysł upadł szybko, głównie z powodu zbyt, jak na mój gust, wygórowanych cen na zgniłym zachodzie. Następnie pojawił się temat pod tytułem Chorwacja, która podobno jest piękna i dysponuje ciepłym morzem, co jest podstawowym atutem, a ponadto tamtejsze kempingi jeszcze nie ześwirowały i ceny mają raczej przystępne. Plan zaczynał się coraz bardziej krystalizować, gdy olśniło nas, że Chorwacja to kamieniste plaże, do których nie pałam zbyt gorącym uczuciem. W związku z tym trochę nie wiadomo co dalej. To znaczy wiadomo - albo machniemy ręką na te kamienie i jednak pojedziemy, albo wykupimy jakieś last minute w opcji all inclusive i przez dwa tygodnie będziemy się oddawać nicnierobieniu. Tak czy siak do sierpnia mamy czas.

 

 


rosemary 2009-07-14 13:08:52
skomentuj (4)
***



Pewnie jestem mało oryginalna, ale jakoś tak zdarza mi się ostatnio myśleć o Michaelu Jacksonie. Bo tak mnie jakoś zaskakująco obeszła wiadomość o jego śmierci, sama nie bardzo wiem dlaczego. Więc się zastanawiam. Mam na dysku jego muzykę, której słuchałam bardzo sporadycznie. Czasem na tym czy innym pudelku przeczytałam jednym okiem kolejnego newsa o następnym skandalu w wykonaniu Króla Popu. Ale nieszczególnie mnie to obchodziło.

Kiedy miałam 9 lat on właśnie odnosił swoje największe sukcesy. Wśród dzieci była moda na zeszyty zwane złotymi myślami, w których wypisywało się listę pytań i kazało na nie odpowiadać wszystkim w klasie. Pamiętam, że w rubryce o ulubionej muzyce każdy wymieniał Madonnę i Jacksona. Trochę potem pojawiło się Bravo i Popcorn, jedyne wtedy źródła informacji o idolach. Jak już dorobiłam się własnego pokoju całe ściany wytapetowałam plakatami z Jacksonem, Roxette i Madonną. A potem nastały takie czasy, że muzyki było coraz więcej i coraz różniejszej i te dziecięce fascynacje zeszły gdzieś na drugi plan.

Teraz na youtubie oglądam teledyski Michaela Jacksona i większość nadal mi się podoba. I muzyka, o dziwo, też jakoś szczególnie się nie zestarzała. Ale obejrzałam też kilka wywiadów. I jest to zadziwiające, bo facet, który na scenie szalał, że hej, w wywiadach wygląda na nieśmiałego, lekko przestraszonego człowieka. Cichy głos, trudności w nawiązaniu kontaktu wzrokowego z dziennikarzem i jeszcze ten uśmiech małego chłopca, z czasów gdy miał kilka lat i afro na głowie, da się ten uśmiech odnaleźć w twarzy zmienionej nieznaną ilością operacji. 

I nie wiem, pewnie brzmię jak egzaltowana pannica, ale. Jakoś mi szkoda, że przede wszystkim to się pamięta - operacje plastyczne i skandaliki różnej maści. Bo jak teraz oglądam te wywiady to myślę sobie, że to był po prostu zdolny, nieśmiały facet, który nie potrafił nie przejmować się tym wszystkim wokół niego. I pewnie czuł się zaszczuty i nieszczęśliwy.

Dziwnie się czuję pisząc to wszystko, bo jak to tak, przejąć się śmiercią piosenkarza i jeszcze nadawać temu postać infantylnej notki, ale. Tak jakoś.

 

 


rosemary 2009-06-30 17:18:56
skomentuj (1)
***



Sprawa wygląda tak, że straciłam serce do bloga. Nie skasuję, bo mi szkoda tych wszystkich lat i rzeczy, o których nie pamiętałabym gdyby nie to, że o nich kiedyś napisałam. Czasem się bawię w przypominanie minionego i wchodzę w archiwum, wybierając miesiąc, który akurat trwa. Bardzo ciekawe i pouczające doświadczenie. Zabawne, tak poniekąd obserwować siebie z dystansu. Zadziwiające jak wszystko się zmienia i traci lub zyskuje na znaczeniu. Częściej chyba jednak traci. To wyświechtane "czas leczy rany" nie jest takie znowu najgłupsze. Gdy sobie przypomnę jak wiele zdrowia, nerwów, emocji kosztowały mnie pewne zdarzenia i gdy widzę swoje życie teraz to naprawdę, bardzo zen. Wszystko się zmienia. Być może zmieni się też to co jest teraz - tylko teraz już jestem wypełniona przeszłością i z jednej strony to szkoda, bo nie potrafię, zwyczajnie nie umiem tak się zachłysnąć i rzucić głową do przodu jak kiedyś. Ale z drugiej - nie jest to takie najgorsze, skoro dzięki temu wiem czego nie należy przyjmować za pewnik i że zawsze, ale to zawsze trzeba mieć na uwadze, że sytuacja może się zmienić w jednej chwili. A przy tym, wszystko przecież jest dobrze. Możliwe, że nie umiem tego klarownie wyjaśnić.

 

Autorzy piosenek często mówią, że najlepsze teksty piszą wtedy, gdy ich życie jest totalnie rozpieprzone. Z blogiem jest chyba tak samo, przynajmniej dla mnie. Nie potrzebuję już kilku notek w tygodniu. Bo o czym tu pisać? Że życie po prostu się toczy, gotuję obiady, a jak mi się nie chce idziemy do knajpy albo zamawiamy coś do domu; że pielęgnuję kwiaty na balkonach, a na weekendy często jeździmy do rodziców M. i zaczynam myśleć, że może jednak będę miała rodzinę? Że chodzimy do teatru albo siedzimy do późnej nocy, każde przy swoim komputerze i jest po prostu dobrze? Że już nie wypijam butelki wina dziennie, ale za to kupuję dużo książek i w następnym mieszkaniu chcę mieć po pierwsze osobną garderobę, a po drugie dużo regałów, bo coraz trudniej to wszystko pomieścić? I że niedługo czeka mnie egzamin na prawo jazdy, którego pewnie za pierwszym razem nie zdam?

Nie ma we mnie ani takiego natłoku emocji, ani tylu zdarzeń, które wymagałyby uporządkowania i analizy, choćby powierzchownej. Ani co pisać, ani o czym czytać - bo co w końcu ciekawego jest w tym, że ktoś jest po prostu szczęśliwy?





rosemary 2009-06-21 16:15:54
skomentuj (6)